Invicta Ustroński Bieg 66 dookoła Doliny Wisły 

Invicta Ustroński Bieg 66 dookoła doliny Wisły, to z pewnością ultramaraton inny niż wszystkie. Wyjątkowa jest jego trasa, która prowadzi najważniejszymi szczytami Beskidu Śląskiego, począwszy od Małej Czantorii, przez Czantorię Wielką, Stożek, Baranią Górę, Malinów, Trzy Kopce Wiślańskie oraz Orłową i Równicę. Wspomniana trasa jest również bardzo wymagająca, gdyż nie jest oznakowana, a na dodatek dwa dostępne dla biegaczy punkty żywienieniowe ograniczone są tylko do możliwości zaczerpnięcia wody. 

 

 

Start i meta zawodów zlokalizowane są w Ustroniu. Jesli dodamy do tego, że długość trasy to około 68 km, z przewyższeniami +2810m i wszystko w limicie czasu 13 godzin, to zrozumiemy jakiego typu jest to wyzwanie. Zapewne charakter tej niezwykłej imprezy kształtuje jej organizator czyli Fundacja "Pro Vitae", która jest pomysłodawcą innych kultowych biegów takich jak Piekło Czantorii czy Salamandra Ultra Trail. Bieg czerpie również z hstorii tego regionu, gdyż  inspirowany jest marszobiegami organizowanymi w latach 60-tych przez Adolfa „Bolko” Kantora, wielkiego sportowca i działacza sportowego pochodzącego ze Śląska Cieszyńskiego. 

 

W tegorocznej edycji wystartowało dwóch naszych etatowych ultrasów: Andrzej Sasin oraz Jarek Rudnik. O to co napisali o biegu, na gorąco, dosłownie 3 dni po jego zakończeniu. 

 

Andrzej Sasin: "Ustroński Bieg 66 dookoła Doliny Wisły przeszedł do historii. Jaki był dla mnie? Pełen niewiadomych i niespodzianek, ale po kolei. W sobotę 13 czerwca wstaliśmy o godzinie 4.00 rano. Ustroń przywitał nas burzą z ulewnym deszczem. Szybka bułka z dżemem na śniadanie, szybkie ubranie się i dopakowanie plecaków. Na starcie zameldowaliśmy się o godzinie 4:56,  a o 5.00 już biegliśmy z ponad setką innych biegowych wariatów. Po starcie mijamy Ustroński Rynek i kierujemy się na "piekielną Czantorię".

 

 

Wbiegamy do lasu, jest fajnie, chłodno i komfortowo. Cieszę się z Jarkiem, że organizator stanął na wysokości zadania i zapewnił, że całą trasę poprowadził lasem. Drwimy z temperatury 32°C, która ma wkrótce nadejść. Jak już wiecie sam bieg ma bardzo surową formułę. Na dystansie ponad 66 km są tylko dwa punkty z wodą ... dosłownie z wodą. Sama trasa nie jest oznakowana. Biegniemy tylko z pomocą nawigacji w zegarkach. Mijamy Poniwiec na Małej Czantorii, dalej wbiegamy na Czantorię Wielką.

 

 

Następnie Soszów - Stożek, gdzie robimy przerwę śniadaniową, częstując się kabanosami. Po śniadaniu zaliczamy Kiczory i Kubalonkę i wybiegamy do wpomnianego z lasu. Z lasu, który miał nam towarzyszyć do mety. Z lasu, który miał nas uchronić przed żarem z nieba i wreszcie lasu, który miał dać nam cień i uczucie komfortu. Biegniemy i nic. Na początku pocieszamy się, że brak lasu, to tylko chwilowa sprawa, że zaraz znów wbiegniemy w cień. Jak bardzo się myliliśmy? Bardzo!

 

 

Już w upalnym Słońcu wbiegamy na Stecówkę, Przysłop i na Baranią Górę. Barania odebrała nam trochę sił. Te 6 kilometrowe podejście w upale zrobiło swoje. Zresztą od samej Czantorii do mety trasa nafaszerowana jest ostrymi kamieniami zarówno na podejściach i zbiegach. Trzeba ostrożnie stąpać a to szybko sprawiło, że rozbolały nas stopy. Z Baraniej biegniemy na Magurkę Wiślańską, dalej Malinów, Salmopol, Trzy Kopce Wiślańskie, Orłowa i znowu las rosnący na Równicy, Lipowski Groń i meta w Ustroniu. Upragniona meta, na którą przybiegliśmy odwodnieni a ja nawet z udarem cieplnym. Od organizatora dowiedzieliśmy się, że nie jedyni w takim stanie. Zawodnicy uzupełniali wodę, natychmiast nią wymiotując. Wszystkie niewygody rekompensuje trasa, jej widokowość, zresztą namiastkę zobaczycie na zdjęciach.

 

 

Upał, to nie był jedyny problem. Jarek został pogromcą żmij zygzakowatych. Dzielnie je omijał, a raz zaatakowany odpierał atak kijkiem niczym rycerz Jedi. Po żmijach atakowały nas latające mrówki, które wlatywały do ust, nosa, oczu i uszu. W trakcie biegu przyjęliśmy po około 10 litrów płynów, a i tak mimo to, odwodniliśmy się.  Takie właśnie jest ultra. Czy zdrowe? Na pewno nie, ale bardzo uzależniające." 

 

 

Jarek Rudnik: "Był to mój pierwszy tak długi bieg. Upału  oczywiście się spodziewałem, ale liczyłem, że biegnąc lasem nie odczuję go tak bardzo. Niestety jak już czytaliście las był tylko z nazwy. Było ciężko. Myślę, jednak, że jeśli trasa jest bardziej wymagająca, tym na dłużej się ją pamięta i tym większa jest satysfakcja z ukończenia takiego biegu. Po raz pierwszy moje przygotowanie fizyczne było na takim poziomie, że na drugi dzień po biegu czułem się jak po mocnym treningu, a nie jak po walce o życie.

 

 

Wisła 66 uznawana za jeden z najstarszych ultra w Polsce ma formułę przypominającą bardziej biegowy rajd przygodowy. Zarówno dla mnie jak i Andrzeja było to coś nowego i wiązało się między innymi z bardzo obciążonymi plecakami głównie z wodą i jedzeniem.

 

 

Po drodze mijaliśmy schroniska, w których dokupowaliśmy colę (niestety w kolejce swoje trzeba było odstać). Przystanki na jedzenie robiliśmy dość często, dzięki czemu nie było momentów w których siadalibyśmy na kamieniu i czekali na przybycie mocy! Generalnie bieg bardzo urokliwy i ciekawy jeżeli ktoś lubi być zaskakiwany i nieziemsko sponiewierany to gorąco polecam."

 

 

 

Dziękujemy chłopakom za relację i piękne zdjęcia. Serdecznie gratulujemy ukończenia tej pięknej i trudnej imprezy oraz zdobycia kolejnych punktów ITRA! 

 

15 czerwca 2020
zabiegany Wołomin
zabiegany Wołomin